niedziela, 23 lutego 2014

V - Jakaś cząstka mnie nadal go kochała

(Narracja trzecioosobowa)

W czasie kiedy Alexis wyszedł na prostą drogę, zaczął intensywne treningi i stawał się lepszym piłkarzem, Ivette była w trakcie rehabilitacji. Była na dobrej drodze do ponownego poruszania się na własnych nogach. Jak twierdził rehabilitant wystarczy jej już tylko rok, a może nawet kilka miesięcy i dziewczyna będzie już samodzielnie chodziła. W ciągu roku, Ivette miała kilka załamań, nie wierzyła, że znowu stanie na nogach. W pewnym momencie chciała nawet ze sobą skończyć, popełnić samobójstwo, ale na szczęście dla siebie miała przy sobie swoją najlepszą przyjaciółkę - Antonellę. To ona wspierała ją w najgorszych momentach i dzięki niej Chilijka pozbierała się i ze zdwojoną siłą przystąpiła do dalszych rehabilitacji.
Ivette przez pierwsze miesiące po przenosinach do Argentyny mieszkała razem z przyjaciółką, ale później, gdy poczuła, że jest już silniejsza, nie tyle fizycznie, co psychicznie, kupiła sobie własny dom w pobliżu Argentynki. Tu, w Argentynie czuła się bardzo dobrze, prawie jak w swoim kraju. Kilka razy przyjechali do niej jej rodzice, przekonywali żeby wróciła z nimi do swojej ojczyzny, ale ona nie chciała. Jeszcze nie teraz. Mimo, że minął rok, nie chciała wracać. Tutaj czuła się bezpieczniej i pewniej niż w Chile.

***

Minął kolejny rok. Alexis był w naprawdę niesamowitej formie. W ciągu tych 12 miesięcy Chilijczyk wygrał ze swoim zespołem wszystko co było do wygrania, a liczne europejskie potęgi zabijały się o to, by złożył on podpis na kontrakcie z ich klubem. Jego teraźniejszy trener wiedział, że nie utrzyma go w swoim klubie, więc doradzał mu, żeby przeniósł się do Hiszpanii, a że Alexis nie pałał większą sympatią do Realu Madryt, nie był też zainteresowany graniem dla drugiej drużyny z Madrytu - Atletico. Zastanawiał się więc nad FC Barceloną oraz grą na wyspach. Kusiły go oferty Chelsea oraz Manchesteru United. Po dłuższym namyśle zdecydował się na grę dla Barcy. Tak jak miała to zrobić Ivette przed tym nieszczęsnym wypadkiem.
Właśnie, Ivette. Co u niej? U dziewczyny było wszystko w porządku, w ciągu mijającego roku zaczęła chodzić, co bardzo wszystkich ucieszyło. Wystarczyły tylko dwa lata, na początku wszyscy myśleli, że zajmie to więcej czasu.

(Ivette)

W końcu stanęłam na własnych nogach! W końcu znowu zaczęłam chodzić! Dzisiaj czekały mnie ostatnie "zajęcia" w klinice. Pojechałam na nią z dobrym humorem. Z jeszcze lepszym wyszłam z budynku. W końcu nie muszę już tutaj przychodzić. Wszystkie ćwiczenia które wykonywałam tutaj i w domu opłaciły się. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Wracałam do domu z uśmiechem na ustach. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak szczęśliwa. Chociaż nie, jednak pamiętam, taka byłam gdy ja i Alexis byliśmy jeszcze razem. Na myśl o nim miałam ochotę się rozpłakać. Nie chciałam o nim myśleć, bo za każdym razem wiązało się to z okropnym bólem. W głębi serca jednak dalej coś do niego czułam. Chyba jakaś cząstka mnie nadal go kochała. Wiedziałam jednak, że nigdy do niego nie wrócę, chociaż dlaczego nie dać mu szansy?
- Nie, nie, nie - Zganiłam się w myślach. - Idiotko, nie możesz do niego wrócić po tym co ci zrobił. Poza tym pewnie on i tak już kogoś ma.
Takie i podobne myśli krążyły mi po głowie, aż nie dojechałam do domu. Zaparkowałam auto i weszłam do mieszkania. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam w nim moich rodziców, siostrę i przyjaciół, a także koleżanki z byłej drużyny. Myślałam, że one już o mnie zapomniały, a tu taka niespodzianka. Ponad ich głowami wisiał wielki transparent, na którym wielkimi literami napisane było "gratulujemy Ivette". Na widok tych wszystkich ludzi, ich uśmiechniętych twarzy i tego wszystkiego co tutaj przygotowali, ponownie zachciało mi się płakać. Tylko tym razem ze wzruszenia. Antonella podeszła do mnie i przytuliła mnie, a zaraz w ślad za nią poszli wszyscy obecni goście. Wtedy już nie wytrzymałam. Po mojej twarzy zaczęły spływać łzy. Tak się cieszyłam na widok starych znajomych, rodziców i przyjaciół, że nie potrafiłam się opanować.
 - To jak? Co zamierzasz teraz robić? Podróż dookoła świata czy afrykańskie safari? - Zapytała z uśmiechem Francisca
 - Niestety mam mniej ambitne plany. Pójdę na dziennikarstwo i zostanę dziennikarką sportową. - Po tych słowach wszyscy obecni się zdziwili. - Czemu macie takie miny? Przecież ja zawsze kochałam sport. - Uśmiechnęłam się.
 - No tak, ale sama mówiłaś, że nie chcesz do tego wracać. - Powiedział Leo. No tak, ani jemu, ani Anto nie powiedziałam o moich planach. Nie powiedziałam im chociaż byli teraz dla mnie najbliżsi, dlatego też ta dwójka wydawała się najbardziej zaskoczona
 - Oj, mówiłaś, mówiłaś... Zmieniłam zdanie. - Posłałam piłkarzowi uśmiech.
 - Jeżeli mam być szczera to domyślałam się, że tak będzie. - Powiedziała Antonella. - Przecież ty nie wytrzymałabyś bez sportu. - Roześmiała się Argentynka.
 Dzisiejszego wieczoru bawiłam się doskonale. To kameralne przyjęcie skończyło się o 23, ale moja rodzina i dziewczyny z klubu zostały w Argentynie. Dziewczyny zarezerwowały sobie pokoje hotelowe już wcześniej. Znaczyło to tyle, że już wcześniej sobie to wszystko planowali. Moi rodzice i Blanca zostali u mnie. Rodzicom oddałam na tę noc mój pokój, a ja i Blanca poszłyśmy spać do salonu gdzie rozłożyłyśmy się na kanapie. Jutro wieczorem mieli już opuścić Argentynę i wrócić do naszej ojczyzny. Będę za nimi okropnie tęskniła. Moje rozmyślania przerwał głos mojej siostry.
 - Iv, śpisz?
 - Nie, nie śpię.
 - Wróć z nami do domu... Wszyscy bardzo za tobą tęsknimy.
 - Wiem kochana, też za wami tęsknię, ale nie mogę wrócić...
 - Rozumiem, ale mam nadzieję, że przyjedziesz chociaż na moją osiemnastkę. To już za trzy miesiące.
 - Pewnie, że przyjadę. Obiecuję. A teraz już śpij. Dobranoc.
 - Dobranoc.

(Narracja trzecioosobowa)

Ivette obudził hałas dobiegający z kuchni. Wstała ostrożnie z łóżka, tak by nie obudzić Blanci i poszła sprawdzić co tam się dzieje. W pomieszczeniu zobaczyła swoją mamę, która była w trakcie robienia śniadania.
 - O, już wstałaś. - Podeszła do córki i pocałowała ją w czoło. - Pewnie cię obudziłam, co?
 - Nie, to znaczy tak, ale to nic. Pomóc ci?
 - Nie, nie trzeba. Idź się ubrać, a ja dokończę robić twoje ulubione naleśniki.
Ivette się uśmiechnęła. No tak, cała mama, zrobi wszystko byle dogodzić swoim ukochanym córeczkom.
Po pysznym śniadaniu które Ivette zjadła z całą rodziną przyszła pora na pokazanie im tego miasta. Zabrała ich na spacer, a później na obiad do restauracji. Zdążyła się jeszcze spotkać z dziewczynami, a później odwiozła rodziców na lotnisko. Przy pożegnaniu nie obyło się bez łez z obu stron. Samolot odleciał, a dziewczyna kierowała się do swojego samochodu. Była pogrążona w myślach i nie zauważyła, ani  nie usłyszała nadjeżdżającego samochodu. Jego kierowca również nie zwracał specjalnej uwagi na to co ma przed sobą, ponieważ rozglądał się za wolnym miejscem parkingowym. W ostatniej chwili spojrzał w przednią szybę, zatrąbił i zaczął hamować, jednak na to było już za późno. Ivette również nie mogła już nic zrobić po usłyszeniu klaksonu. Samochód uderzył w nią, a dziewczyna upadła, uderzając głową o ziemię...



Tak więc jesteśmy już przy piątym rozdziale. Udało mi się napisać dłuższy rozdział niż ten ostatni.  Proszę o szczere opinie w komentarzach. Wasze opinie na temat rozdziałów bardzo mnie motywują. :) To do następnego :) Zapraszam również wszystkich czytających do dodania się do zakładki "informowani" :)

EDIT: uaktualniłam zakładkę "Czytam" więc jeżeli ktoś chciałby do czytanych przez siebie blogów dodać  coś jeszcze, to naprawdę polecam, jest tam wiele bardzo ciekawych blogów :)
Uaktualniłam również zakładkę "Kontakt" w której znalazł się teraz mój wywiader :) jeżeli chcecie się czegoś dowiedzieć o moich blogach, bądź chcielibyście krótki opis któregoś z blogów z zakładki "czytam" serdecznie was tam zapraszam :)

niedziela, 2 lutego 2014

IV - Wiara i nadzieja umierają ostatnie...

(Alexis, rok później)

Dzięki mojemu przyjacielowi powoli zacząłem dochodzić do siebie. Przyjąłem do wiadomości to, że Ivette nie chce mieć ze mną żadnego kontaktu. Gdy dowiedziałem się, że się obudziła chciałem ją odwiedzić, kilka razy byłem nawet w szpitalu, ale jej rodzina mnie nie wpuściła. Później dzwoniłem do niej codziennie, przed dwa tygodnie, ale zawsze odrzucała połączenie, później numer nie odpowiadał. Jak się domyślałem pewnie go zmieniła. Pisałem też maile i te zwykłe, tradycyjne listy, ale i one pozostawały bez odpowiedzi. Trudno się dziwić, zniszczyłem jej życie... Przez pierwsze trzy miesiące każdy mój wieczór kończył się na samotnym upijaniu się w domu i wspominaniu przeszłości. Każde wspomnienie było bolesne, bo wiedziałem, że nic nie sprawi, że znowu będziemy razem. Jednak żadnego wspomnienia nie chciałem się pozbyć, nadal ją kochałem. Co by było gdyby nawet one odeszły? Zostałbym z niczym. Z wszechobecną pustką powoli krok po po kroku wyniszczającą od wewnątrz.
Pewnego dnia gdy byłem w nie najlepszym stanie odwiedził mnie wcześniej wspomniany przyjaciel. Kiedy zobaczył jak wygląda mój dom i jak wyglądam ja, zabrał mi butelkę alkoholu z ręki, zakręcił ją i odłożył do barku. Wiedział z jakiego powodu się tak upiłem. Przez chwilę tylko nieruchomo stał i patrzał na mnie z wyrzutem, że po raz kolejny byłem nietrzeźwy. Później znowu podszedł do barku, wyciągnął całą jego zawartość i wyszedł z tym do kuchni. Nie trzeba długo się zastanawiać, bo dowiedzieć się po co. Wylał wszystko. Wrócił i powiedział, że przyjdzie następnego dnia z samego rana i chce zobaczyć mnie w lepszej kondycji niż byłem tego dnia. Wyszedł, a ja powlokłem się do sypialni na łóżko. Zasnąłem od razu. Dzień w którym przyszedł mój przyjaciel pamiętam doskonale, to wtedy za sprawą jego słów, przez które przekazał mi prawdę o jakiej wiedziałem już wcześniej ale nie chciałem jej do siebie dopuścić, postanowiłem skończyć z alkoholem raz na zawsze. Powiedział mi wtedy - "Upijanie się nie sprawi, że ona wróci, wręcz przeciwnie. To właśnie przez alkohol ją straciłeś. A teraz tym samym możesz zniszczyć siebie. Chcesz tego?" Nie, nie chciałem. Obiecałem sobie i jemu, ale chyba bardziej sobie, że już nigdy nie wezmę alkoholu do ust. Na początku było ciężko, ale z każdym dniem, tygodniem i miesiącem było coraz lepiej. Zamiast picia zacząłem coraz więcej trenować, co się opłaciło, bo wywalczyłem na stałe miejsce w pierwszym składnie mojej drużyny. Strzelałem coraz więcej goli i coraz bardziej potrafiłem się cieszyć. Nie oznacza to jednak, że coraz bardziej zapominałem o tym co zrobiłem. Nigdy nie zapomnę, będzie się to ciągnęło za mną do końca życia, zawsze będę miał wyrzuty sumienia, ale nie takie jakie były na początku. Jeżeli mam być szczery, myślałem też żeby ze sobą skończyć raz na zawsze. Jednak zawsze coś mnie powstrzymywało. Nie, sam się powstrzymywałem. Wiedziałem, że śmierć oznaczałaby to, że już nigdy nie zobaczyłbym Ivette, nigdy nie usłyszałbym jej głosu, nie poczułbym jej dotyku... Żyłem nadzieją, że jeszcze kiedyś chociaż ją zobaczę, chociaż przez ułamek sekundy, to by mi wystarczyło. Chciałbym zobaczyć ją uśmiechniętą, szczęśliwą, niekoniecznie ze mną... Chciałbym by tam gdzie teraz była, tam gdzie będzie zaznała wielkiego szczęścia. Takiego jakiego za zaznawałem gdy byłem z nią. Jednak najbardziej chciałem byśmy tego szczęścia mogli zaznać razem. I gdzieś głęboko w sercu, rodziło się we mnie przekonanie, że to jest jeszcze możliwe. Chciałem w to wierzyć. Wiara i nadzieja umierają ostatnie...



Tak więc czwarty rozdział na tym blogu mam za sobą. Mam wrażenie, że wyszedł taki nijaki i nudny, ale to pozostawię do oceny Wam :) Trochę krótki wyszedł, ale już nie chciałam tego ciągnąć na siłę, bo wyszedłby jeszcze gorzej...
PS. Kto chce być informowany niech wpisze się na stronę "Informowani" :)
Komentarz=motywacja do dalszego pisania







Nie napisałam tego nigdzie indziej, więc zrobię to tutaj - Gratulacje Puyi :) Na pewno będą wspaniałą rodzinką :)