niedziela, 2 lutego 2014

IV - Wiara i nadzieja umierają ostatnie...

(Alexis, rok później)

Dzięki mojemu przyjacielowi powoli zacząłem dochodzić do siebie. Przyjąłem do wiadomości to, że Ivette nie chce mieć ze mną żadnego kontaktu. Gdy dowiedziałem się, że się obudziła chciałem ją odwiedzić, kilka razy byłem nawet w szpitalu, ale jej rodzina mnie nie wpuściła. Później dzwoniłem do niej codziennie, przed dwa tygodnie, ale zawsze odrzucała połączenie, później numer nie odpowiadał. Jak się domyślałem pewnie go zmieniła. Pisałem też maile i te zwykłe, tradycyjne listy, ale i one pozostawały bez odpowiedzi. Trudno się dziwić, zniszczyłem jej życie... Przez pierwsze trzy miesiące każdy mój wieczór kończył się na samotnym upijaniu się w domu i wspominaniu przeszłości. Każde wspomnienie było bolesne, bo wiedziałem, że nic nie sprawi, że znowu będziemy razem. Jednak żadnego wspomnienia nie chciałem się pozbyć, nadal ją kochałem. Co by było gdyby nawet one odeszły? Zostałbym z niczym. Z wszechobecną pustką powoli krok po po kroku wyniszczającą od wewnątrz.
Pewnego dnia gdy byłem w nie najlepszym stanie odwiedził mnie wcześniej wspomniany przyjaciel. Kiedy zobaczył jak wygląda mój dom i jak wyglądam ja, zabrał mi butelkę alkoholu z ręki, zakręcił ją i odłożył do barku. Wiedział z jakiego powodu się tak upiłem. Przez chwilę tylko nieruchomo stał i patrzał na mnie z wyrzutem, że po raz kolejny byłem nietrzeźwy. Później znowu podszedł do barku, wyciągnął całą jego zawartość i wyszedł z tym do kuchni. Nie trzeba długo się zastanawiać, bo dowiedzieć się po co. Wylał wszystko. Wrócił i powiedział, że przyjdzie następnego dnia z samego rana i chce zobaczyć mnie w lepszej kondycji niż byłem tego dnia. Wyszedł, a ja powlokłem się do sypialni na łóżko. Zasnąłem od razu. Dzień w którym przyszedł mój przyjaciel pamiętam doskonale, to wtedy za sprawą jego słów, przez które przekazał mi prawdę o jakiej wiedziałem już wcześniej ale nie chciałem jej do siebie dopuścić, postanowiłem skończyć z alkoholem raz na zawsze. Powiedział mi wtedy - "Upijanie się nie sprawi, że ona wróci, wręcz przeciwnie. To właśnie przez alkohol ją straciłeś. A teraz tym samym możesz zniszczyć siebie. Chcesz tego?" Nie, nie chciałem. Obiecałem sobie i jemu, ale chyba bardziej sobie, że już nigdy nie wezmę alkoholu do ust. Na początku było ciężko, ale z każdym dniem, tygodniem i miesiącem było coraz lepiej. Zamiast picia zacząłem coraz więcej trenować, co się opłaciło, bo wywalczyłem na stałe miejsce w pierwszym składnie mojej drużyny. Strzelałem coraz więcej goli i coraz bardziej potrafiłem się cieszyć. Nie oznacza to jednak, że coraz bardziej zapominałem o tym co zrobiłem. Nigdy nie zapomnę, będzie się to ciągnęło za mną do końca życia, zawsze będę miał wyrzuty sumienia, ale nie takie jakie były na początku. Jeżeli mam być szczery, myślałem też żeby ze sobą skończyć raz na zawsze. Jednak zawsze coś mnie powstrzymywało. Nie, sam się powstrzymywałem. Wiedziałem, że śmierć oznaczałaby to, że już nigdy nie zobaczyłbym Ivette, nigdy nie usłyszałbym jej głosu, nie poczułbym jej dotyku... Żyłem nadzieją, że jeszcze kiedyś chociaż ją zobaczę, chociaż przez ułamek sekundy, to by mi wystarczyło. Chciałbym zobaczyć ją uśmiechniętą, szczęśliwą, niekoniecznie ze mną... Chciałbym by tam gdzie teraz była, tam gdzie będzie zaznała wielkiego szczęścia. Takiego jakiego za zaznawałem gdy byłem z nią. Jednak najbardziej chciałem byśmy tego szczęścia mogli zaznać razem. I gdzieś głęboko w sercu, rodziło się we mnie przekonanie, że to jest jeszcze możliwe. Chciałem w to wierzyć. Wiara i nadzieja umierają ostatnie...



Tak więc czwarty rozdział na tym blogu mam za sobą. Mam wrażenie, że wyszedł taki nijaki i nudny, ale to pozostawię do oceny Wam :) Trochę krótki wyszedł, ale już nie chciałam tego ciągnąć na siłę, bo wyszedłby jeszcze gorzej...
PS. Kto chce być informowany niech wpisze się na stronę "Informowani" :)
Komentarz=motywacja do dalszego pisania







Nie napisałam tego nigdzie indziej, więc zrobię to tutaj - Gratulacje Puyi :) Na pewno będą wspaniałą rodzinką :)

niedziela, 12 stycznia 2014

III - Wolałabym umrzeć...

 Po dwóch miesiącach w końcu zostałam wypisana ze szpitala. Tydzień po powrocie do domu postanowiłam wyjechać.Wytargałam walizkę i zaczęłam się pakować. Wyrzucając z szafy kolejne  ubrania zaczęłam myśleć - jaki to wszystko ma sens? Nie mam już niczego. Moja kariera jest skończona. Nigdy więcej nie wyjdę na boisko, nigdy nie zagram w piłkę. Nikt nie powiedział też, że będę chodzić. Rehabilitacja może nie przynieść pożądanych efektów. Co wtedy? Miałabym utknąć na wózku? Ja Ivette Ruiz do końca życia miałabym nie stanąć na nogach? Chyba wolałabym umrzeć...
Moje ponure rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.
  - Proszę. - Powiedziałam i drzwi do mojego pokoju się otworzyły. Za nimi stała moja mama. Popatrzała na otwartą walizkę i stertę ubrań obok i od razu posmutniała.
  - Więc jednak wyjeżdżasz?
  - Tak... Nie dam rady dalej tu przebywać. Za dużo rzeczy przypomina mi o tym kim byłam i co straciłam. Te wszystkie dyplomy, medale, puchary... To za dużo, nigdy już tego nie zdobędę. Nie osiągnę tak dużo... Nie potrafię na to wszystko patrzeć. Oprócz tego, wszystko przypomina mi też o Alexisie, a ja chcę o nim jak najszybciej zapomnieć. Chcę zapomnieć o wszystkim co nas łączyło. Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła...
  - Nie, nie jestem. Rozumiem cię...
  - Nie. Nie rozumiesz. Nie przeżyłaś czegoś takiego jak ja! I masz szczęście. Nie życzyłabym tego najgorszemu wrogowi...
  - Źle się wyraziłam... W każdym bądź razie, mam jednak nadzieję, że kiedyś nas odwiedzisz.
  - Raczej nie w najbliższym czasie. Za to wy będziecie w Argentynie bardzo mile widziani.
  - Na pewno odwiedzimy. A dobrze się czujesz?
  - Czuję się fatalnie, ale nic mnie nie boli.
  - To chociaż tyle. Pomóc ci w czymś?
  - Nie. Poradzę sobie. Trzeba się przyzwyczajać do wózka.- Powiedziałam i zaśmiałam się gorzko.
  - Nie mów tak. Dasz radę, wierzymy w ciebie. Jeszcze staniesz na własnych nogach.
  - Oby tak było.
  - Będzie tak. Skoro nie potrzebujesz pomocy to ja już pójdę, ale gdybyś jednak zmieniła zdanie to zawołaj.
   - Dobrze, dziękuję. A, mamo - powiedziałam gdy moja rodzicielka była już przy drzwiach. - jest Blanca?
   - Nie, wyszła z jakąś koleżanką. Ale niedługo powinna wrócić.
   - Mhm, to jak już wróci to niech do mnie przyjdzie.
   - Powiem jej.
   - Dziękuję. - Zdobyłam się na delikatny uśmiech.
Mama wyszła z pokoju, a ja wróciłam do wyrzucania ubrań z szafy. Pomiędzy ubraniami zauważyłam pudełko w którym trzymałam zdjęcia ze zdjęciami i pamiątkami. Wzięłam je do ręki, ale nie odważyłam się go otworzyć. Położyłam pudełko na łóżku i wróciłam do poprzedniej czynności. Po wyrzuceniu wszystkiego zaczęłam je przeglądać i układać. Jednak po chwili stwierdziłam, że poczekam z tym na Blancę. Oddam jej część tych rzeczy. Teraz i tak nigdzie nie wychodzę, ani nie będę wychodzić. Nie chcę żeby ludzie patrzeli na mnie współczującym wzrokiem. Jest mi to niepotrzebne, sama doskonale wiem, że nie jest łatwo. Oni nie pomagają. Jedyne osoby którym teraz ufam to moja najbliższa rodzina i Anto z Leo, ale oni to też prawie jak część rodziny. Antonella obiecała, że jutro koło południa po mnie przyjadą. Nie chciałam im sprawiać dodatkowego kłopotu, bo przecież i tak będę u nich mieszkać oraz nie chciałam też fatygować rodziców. Chciałam sama się dostać do Argentyny, ale moja przyjaciółka skutecznie odwiodła mnie od tego pomysłu. Więc wyszło na to, że jednak pojadę z nimi.
Godzinę później w końcu wróciła moja siostra. Od razu przyszła do mojego pokoju.
  - Hej, jak się czujesz?
  - A jak myślisz? Jak mogę się czuć?
  - No tak, głupie pytanie. Przepraszam...
  - Nic się nie stało.
  - Wyjeżdżasz? Już? Tak szybko?
  - Tak wyszło, mam nadzieję, że jakoś to zrozumiesz i nie będziesz miała mi tego za złe.
  - Nie, nie, ale mam nadzieję, że będziesz pamiętać o mnie.
  - Zawsze będę pamiętać o mojej małej siostrzyczce.
  - Ej. Wcale nie jestem już taka mała.
  - No dobra, dobra, w sumie to teraz jesteś wyższa ode mnie. Chciałabyś coś z tego? - Wskazałam ręką na górę moich ubrań. - Większość raczej nie będzie mi potrzebna.
  - Jej, dzięki.
Kolejną godzinę spędziłyśmy przebierając całą tą stertę odzieży. Blanca zdecydowała się na niewiele rzeczy, niewiele w stosunku do tego co zawsze sobie pożyczała. A przynajmniej raz na tydzień widziałam ją w czymś moim.
  - Jeszcze raz bardzo ci dziękuję.
  - Nie ma za co. Ale teraz mam dla ciebie bardzo ważne zadanie.
  - Zamieniam się w słuch.
  - Jak już zauważyłaś wyjeżdżam, nie wrócę nigdy do tego by tutaj zamieszkać, a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Więc od jutra to ty miej oko na rodziców, teraz będą mieli tylko ciebie. Ja będę za daleko by im pomagać. Wiem, że dasz sobie radę, pomimo tego, że masz tylko 16 lat jesteś bardzo silna. I bądź tez dla nich dobra, tak jak zawsze.
  - Mhm... Będę. Obiecuję.
  - To teraz już leć, ja muszę jeszcze porozmawiać z rodzicami. - Powiedziałam do mojej siostry i zaraz za nią wyjechałam na korytarz, a później prosto do salonu gdzie siedzieli moi rodzice.
  - Muszę z wami porozmawiać.
  - Słuchamy.
  - Więc tak... Musicie być teraz silni, dla Blanci. Ona jest młoda, ma jeszcze całe życie przed sobą. Nie pozwólcie jej go zmarnować. Musicie też dać sobie radę z tym wszystkim, wiem, że nie będzie łatwo. Mnie też nie jest, ale musicie dać sobie radę dla niej. Odwieźcie też czasem mnie. Będzie mi bardzo miło. Gdy się pozbieram może kiedyś przyjadę do was. Ale teraz musicie dać z siebie wszystko dla niej, dla Blanci. Obiecajcie mi to.
  - Obiecujemy. A nas możesz się spodziewać w Argentynie co miesiąc.
  - Dziękuję. Kocham was.
  - My ciebie też córeczko.
Wróciłam do swojego pokoju. Zaczęłam układać ubrania w walizce. Gdy już to zrobiłam, mój wzrok spoczął na pudełku które zostawiłam na łóżku. Wzięłam je do rąk. Wiedziałam, że dla dobra mojego stanu psychicznego powinnam od razu wyrzucić zawartość do kosza, ale jednak coś mnie powstrzymało. To "coś" kazało mi również otworzyć pudełko i obejrzeć wszystkie zebrane w nim przedmioty.
Oglądałam każde zdjęcie po kolei, każdą pocztówkę i każdą inną rzecz która się tam znajdowała. Przy każdej kolejnej moje oczy coraz mocniej zachodziły łzami. Postanowiłam spalić to wszystko. Na łóżku zostawiłam tylko zdjęcia z Antonellą, a z resztę przejechałam do kuchni gdzie w zlewie położyłam resztę zawartości pudełka i podpaliłam to. Patrzałam na ogień który pochłania wszystkie moje wspomnienia uwiecznione na fotografiach. Gdy już płomień zgasł zalałam wszystko wodą, która zabrała popiół w rury kanalizacyjne. Pojechałam do pokoju gdzie przeniosłam się na łóżko i zasnęłam. Jutro czeka mnie długi dzień. Kolejny długi dzień.



Tak więc mamy już 3, póki co wszystko kręci się wokół tego samego, ale w końcu przestanie.
Trochę mi było smutno jak to pisałam, jej, pierwszy raz aż tak przeżywam to co piszę...







 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

II - Stracone marzenia

(Alexis)

 Nie, to nie tak miało być. Tego wypadku nie powinno być.  Byłem pewien swoich umiejętności prowadzenia, nawet jak wypiłem nieźle mi szło, tym razem coś poszło nie tak. Popatrzałem na Ivette, ona się nie ruszała, trudno było dostrzec by oddychała. Co ja narobiłem... Skrzywdziłem jedyną osobę którą kochałem. Facet w którego uderzyłem samochodem coś do mnie krzyczał, ale nie docierało do mnie co. W tamtej chwili liczyła się tylko ona. Szybko chwyciłem za telefon i zadzwoniłem na pogotowie. Kucnąłem przy Iv. Odkąd skończyłem 13 lat nigdy się nie modliłem, teraz zacząłem żarliwie prosić Boga o to, by ona to przeżyła, by z tego wyszła. Ona nie może umrzeć. Wiem, że sam jestem temu winien, gdyby nie to, że jak głupi usiadłem za kierownicą po alkoholu, nic by jej nie było. Gdybym jej nie okłamał co do ilości wypitych trunków nie pojechała by ze mną i też nic by jej nie było. Jestem skończonym idiotą... Po chwili przyjechało pogotowie, a wraz z nim policja. Zabrali Ivette do szpitala, a mnie na komendę. Przesłuchali mnie, przyznałem się do wszystkiego. Nie wyobrażałem sobie życia bez piłki, chciałem wyjść z więzienia, ale jednocześnie wiedziałem, że muszę ponieść konsekwencje tego co zrobiłem. Poprosiłem policjanta by skontaktował się z rodzicami mojej ukochanej i przekazał im wiadomość o wypadku i stanie ich córki, ktoś powinien przy niej być, a ja nie mogę. Pozwolono mi wykonać jeszcze jeden telefon, chciałem zadzwonić do moich rodziców. Pewnie i tak się tym nie przejmą, odkąd pamiętam byłem na drugim planie, zawsze liczyła się dla nich ich kariera, ciągle gdzieś wyjeżdżali, a ja dopóki nie zacząłem być w pełni samodzielny byłem pilnowany przez różne nianie. Oni byli najbardziej wpływowymi ludźmi w mieście, a ja zawsze dostawałem tego czego chciałem. Chociaż nie, nie zawsze, do 16 lat wykorzystywałem to, że oni by "wynagrodzić" mi czas którego ze mną nie spędzają, kupują drogie prezenty. Ale później zrozumiałem, że to i tak mi nic nie daje, miałem wszystko ale tak naprawdę ciągle mi czegoś brakowało. Brakowało mi uczucia, miłości, którą rodzice obdarzają swoje dzieci. Gdy widziałem relacje moich znajomych z ich rodzicami coś ściskało mi serce, ale przecież nie dałem nikomu tego poznać. Byłem na to zbyt dumny. Gdy ukończyłem 18 lat postanowiłem żyć na swoją rękę, wyprowadziłem się od rodziców i nie przyjmowałem od nich żadnych pieniędzy. Czasami ich odwiedzałem, ale zastać ich w domu było graniczące z cudem. Teraz dzwoniąc też nie spodziewałem się, że odbierze ktoś inny niż pokojówka, jednak pomyliłem się, odebrała moja mama. Coś ścisnęło mnie w gardle. Powiedziałem jej co się stało, od razu zaproponowała, że przyjadą, pogadają z kim trzeba i wyciągną mnie z więzienia. Nie zgodziłem się na ostatnią propozycję. Jestem dorosły więc muszę odpowiedzieć za swoje czyny.  Nie przyjęła tego za dobrze, ale wydaje mi się, że uszanowała moją decyzję. Powiedziała nawet, że jeżeli tylko uda jej się znaleźć chwilę czasu odwiedzi mnie. Musiałem trafić do więzienia, by rodzona matka z własnej woli mnie odwiedziła...

(2 tygodnie później, narracja trzecioosobowa)

Rodzice Alexisa przyjechali do syna, a właściwie po syna. Nie słuchali jego argumentów o tym, że należy mu się kara za to co zrobił. Nie zależało im tyle na wolności ich dziecka, co na ich dobrym imieniu. Jego ojciec postarał się o to by nie dość, że Alexis wyszedł z więzienia, to jeszcze by wszystko zostało usunięte z jego akt. Piłkarz zaczął nową karierę, w nowym klubie.
A co z Ivette?
 Przez tydzień dziewczyna była nieprzytomna, czuwali przy niej na zmianę rodzice i przyjaciele. Nawet jej przyjaciółka Antonella przyjechała z Argentyny by z nią być. Ta sama Antonella która jest dziewczyną Leo Messiego. Ona i Ivette znają się od dziecka, poznały się na wakacjach gdy miały po 10 lat. Ich znajomość przetrwała i przyjaźnią się do tej pory. Tak więc, Ivette obudziła się po dwóch tygodniach, jej rodzice i siostra byli niesamowicie szczęśliwi. Ich radość jednak nie trwała długo...

(Ivette)

 - Mamo? Tato? Co ja tu robię?
 - Ivette, spokojnie, miałaś wypadek, jesteś w szpitalu.
 - Wypadek? Aa tak, pamiętam. Co z Alexisem? Nic mu nie jest? - Zapytałam. Bałam się o niego, miałam nadzieję, że nic mu się nie stało
 - Nie powinnaś się nim przejmować. To on spowodował ten wypadek. Za dużo wypił, wsiadł za kierownicę, sama wiesz co było dalej. - Odpowiedział mi ojciec.
 - Nie, nie wierzę w to, Alexis nie zrobiłby czegoś takiego, nie okłamałby mnie...
 - A jednak. Policja go przesłuchała do wszystkiego się przyznał.
 - Jak to? On jest w więzieniu?
 - Nie, już nie. Jego rodzice nigdy by na to nie pozwolili, już jest na wolności. Ale mniejsza o niego. Jak Ty się czujesz? Nic cie nie boli?
 - Trochę boli mnie głowa, ale poza tym jest w porządku. - Uśmiechnęłam się do rodziny i aby pokazać, że nic mi nie jest chciałam się podnieść. Wtedy poczułam, że jednak nie jest w porządku, nie czułam w ogóle moich nóg, nie mogłam nimi poruszyć. Musiałam się skrzywić, bo moi rodzice zaraz zmienili wyraz twarzy.
 - Coś się stało?
 - Ja.. Ja nie czuję moich nóg, coś jest nie tak...
Rodzice od razu wezwali lekarza. Nie chciałam słyszeć tego co powiedział. Jeżeli przejdę operację i długą rehabilitację będę mogła chodzić, ale już nigdy nie zagram w piłkę. Koniec z marzeniami o karierze w europejskich drużynach, w ukochanej FC Barcelonie. Zaledwie dwa tygodnie temu świętowała zwycięstwo w lidze, nowy kontrakt z Barcą. A teraz pozostały jedynie marzenia, utracone marzenia, które nigdy się nie spełnią. Patrzałam z obrzydzeniem na samą siebie, na swoje nogi. W tamtej chwili cały świat zawalił mi się na głowę. W tamtej chwili znienawidziłam Alexisa. Nie chciałam go nigdy więcej widzieć, nie chciałam słyszeć ani jednego słowa o nim. Dopóki będę musiała leżeć w szpitalu moi bliscy zapewnili mnie, że nie dopuszczą do tego by do mnie przyszedł. Później wyjadę. Anto obiecała, że mogę mieszkać u niej, pomoże mi z rehabilitacją. Nie wiem jeszcze co zrobię ze swoim życiem. Wiem jedynie, że teraz rysuje się to w czarnych barwach, nigdy nie będzie tak jak kiedyś...


To jest drugi rozdział :) Kto przeczytał niech skomentuje, bo to bardzo motywuje do dalszego pisania... Jeżeli ktoś nie ma tutaj konta to nic, jest również opcja anonimowego komentowania :)

A teraz świąteczne życzenia :D
Życzę Wam wszystkim dużo uśmiechu na co dzień, radości z życia, aby nie było wielu powodów do zmartwień i wesołych świąt :) oraz szczęśliwego nowego roku :) (to już gdyby mi się nie udało napisać nowego rozdziału przed sylwestrem ;))

wtorek, 10 grudnia 2013

I - Początek

(Ivette)

    W końcu nadszedł koniec sezonu. Dzisiaj miałyśmy zagrać ostatni mecz w lidze, a pierwsze miejsce w tabeli zapewniłyśmy sobie już dawno. Klub mojego chłopaka również sobie nieźle poradził. Po dzisiejszym meczu nasze drużyny były umówione na świętowanie zakończenia sezonu. Alexis obiecał, że razem z chłopakami przyjdą na trybuny i będą nas wspierać. Oni swój mecz mieli wczoraj i oficjalne świętowanie mieli za sobą,teraz czekają na nasz występ. Po nim mamy zamiar iść do jakiegoś klubu się bawić do samego rana. Już za dwie godziny zagram ostatni mecz z dziewczynami, ostatni, okropnie to brzmi, ale wraz z końcem sezonu czeka na mnie nowe wyzwanie. Europa, najlepszy football, najlepsi piłkarze i piłkarki, a wśród nich ja. Jestem niesamowicie podekscytowana, ale oprócz pozytywnych emocji towarzyszą mi też te odmienne. Co jeśli sobie tam nie poradzę? To jest jednak inny styl, inna filozofia gry. Znajomi powtarzają mi, że doskonale dam sobie radę, żebym się nie przejmowała. Zwłaszcza Alexis jest dla mnie dużą podporą, chociaż właśnie rozłąki z nim boję się najbardziej. Nie wiem jak przetrwamy taką próbę. Ufam mu, tak jak on ufa mi - bezgranicznie, ale nigdy nie musieliśmy się rozstawać na tak długo i nigdy nie dzieliło nas tyle kilometrów.

Moje rozmyślania przerwała Francisca, koleżanka z drużyny która obiecała przyjechać po mnie przed meczem. Wzięłam torbę i pojechałyśmy na stadion. W szatni panowały radosne nastroje, wszystkie wiedziałyśmy, że sezon mamy już za sobą, jednak na mecz wyszłyśmy w pełni skupione. Ostatnie spojrzenie w kierunku trybun. Jest, tam gdzie zawsze. Pomachałam mu i razem z dziewczynami rozpoczęłyśmy rozgrzewkę. Wysłuchanie hymnu i pierwszy gwizdek. Gra, tak jak i w większej części sezonu, niesamowicie nam się układała. Na przerwę schodziłyśmy z uśmiechami na twarzy i wynikiem 2:0 na tablicy.
Gwizdek na drugą połowę. Nasze przeciwniczki pewnie zaczęły. Trzeba przyznać, że w tej połowie to one częściej zagrażały naszej bramce. Broniłyśmy się co sił, ale nie dało to większych efektów. Po dziesięciu minutach strzeliły gola kontaktowego, a w następne piętnaście zdołały wyrównać. Była siedemdziesiąta minuta, one dobrze się broniły, a my próbowałyśmy jeszcze wygrać ten mecz. Każdy powie, że ostatni mecz, że i tak wygrałyśmy już ligę, więc teraz powinnyśmy się już tym bawić. Nie, to nie jest tak. Dla nas każdy mecz jest jak walka o śmierć lub życie. Każdy mecz traktujemy poważnie, jesteśmy perfekcjonistkami. Jeżeli gramy to na sto procent. Była już osiemdziesiąta piąta minuta, czasu coraz mniej, a wynik pozostawał bez zmian. Wtedy na moje skrzydło leciała piłka, szybko się rozejrzałam, przyjęłam ją i podałam do Marii. Ta przyjęła ją, ale zaraz otoczyły ją dziewczyny z przeciwnej drużyny. Wyszłam na dobrą pozycję, a moja koleżanka natychmiast oddała mi piłkę. Pozostało mi tylko pokonać bramkarkę, teraz albo nigdy. Strzeliłam najmocniej jak umiałam. W tamtej chwili nie myślałam o żadnej technice, chciałam po prostu już mieć to z głowy. Udało się, strzeliłam gola, dziewczyny zaraz się na mnie rzuciły. Byłam nieziemsko szczęśliwa. Teraz tylko wybronić wynik. Zostały dwie minuty regulaminowego czasu gry. To się musi udać. Doliczone trzy minuty, coraz bliżej końca, ale tamte próbowały nadal nam zagrozić. Wynik jednak pozostał już do końca taki sam. Po meczu zaczepiła mnie trenerka.
   - Brawo moja droga. Świetny występ.
   - Dziękuję, ale to tylko pani zasługa.
   - Nie bądź taka skromna. A swoją drogą wybrałaś już klub do którego się przenosisz, czy jednak zostajesz z nami?
   - Wie pani, że bardzo chętnie bym została, ale chcę się dalej rozwijać. Chyba wybiorę FC Barcelonę, jest najbliższa mojemu sercu. Oczywiście zaraz po naszym klubie.
   - Tak myślę, że dopiero po naszym klubie. A Barca to bardzo dobry wybór. Idealny klub dla ciebie.
Pożegnałam się z trenerką i poszłam do szatni. Większość dziewczyn już była gotowa do wyjścia, ja poszłam pod prysznic, przebrałam się i wróciłam do głównego pomieszczenia szatni.
   - To co dziewczyny, widzimy się dzisiaj?
   - O tak! Tańczymy, aż nie odpadną nam nogi, śpiewamy, aż nie zedrzemy gardeł, pijemy, sportowcy nie piją.
   - Gdyby powiedziała to Ivette prędzej bym uwierzyła, ale ty Maria? Ty mówisz, że sportowcy nie piją? - powiedziała Francisca na co wszystkie wybuchłyśmy gromkim śmiechem.
   - Dobra, to lecimy? - spytałam
   - Jasne.
 Wyszłyśmy z dziewczynami z szatni i zmierzałyśmy w kierunku parkingu. Przed nami pojawił się Alexis. Od razu pobiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję.
   - No patrzcie, ta cały mecz przebiegała po boisku, a jeszcze ma siłę w nogach - Śmiały się ze mnie dziewczyny. - Do wieczora Iv.
   - Do zobaczenia.
   - Gratuluję meczu, moja piłkarko. Bramkarka nie miała z tobą żadnych szans.
   - Serio? Z mojej perspektywy wyglądało to nieco inaczej, bardzo mało jej brakowało. 
   - To miałaś złą perspektywę.
   - Jasne. Jedziemy?
   - Oczywiście.
 Pojechaliśmy do naszego domu, zjedliśmy obiad, chwilę poleniuchowaliśmy i zaczęliśmy się szykować na imprezę. Wybrałam "małą czarną", zrobiłam sobie makijaż i pojechaliśmy. W klubie było już sporo osób, szybko znaleźliśmy nasze towarzystwo. Przywitaliśmy się z obecnymi, zamówiłam sobie lekkiego drinka, nie mam głowy do alkoholu, więc nie będę przesadzać. Alexis obiecał, że nie będzie dużo pił, bo ktoś musi dowieźć nas do domu, a ja nie zdawałam jeszcze egzaminu na prawo jazdy. Wypiłam koktajl podany przez kelnera i ruszyłam z dziewczynami na parkiet. Tańczyłyśmy, śpiewałyśmy i świętowałyśmy nasze zwycięstwo.  Około pierwszej w nocy poczułam, że zaczyna mnie boleć głowa. Zbagatelizowałam to i bawiłam się dalej. Później zaczęło mi być duszno i kręciło mi się w głowie. Poprosiłam Franciscę która stała najbliżej mnie, by wyszła ze mną przed budynek. Wirowanie świata wokół mnie ustało, ale nadal bolała mnie głowa. Poprosiłam koleżankę żeby zawołała Alexisa, bo chciałam już wrócić do domu. 
    - Iv, kochanie, co się dzieje?
    - Nie wiem, boli mnie głowa, a w środku kręci mi się w głowie, wracajmy już do domu.
    - Jasne, wejdę się tylko pożegnać ze wszystkimi i już do ciebie wracam. Trzymaj kluczyki i wejdź już do auta. 
 Ivette posłuchała chłopaka i poszła do samochodu, ale nie musiała na niego długo czekać, już po chwili był znowu przy niej. 
     - Alexis... Ile wypiłeś? Możesz jechać?
     - Niewiele, dwa kieliszki i to już dawno. Spokojnie. 
     - To dobrze. Jedźmy już. 
   Ruszyliśmy z parkingu. Pomimo bólu który przeszywał mi głowę, rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Alexis postanowił przyspieszyć. Początkowo nie osiągał wielkich prędkości, ale ta ciągle rosła.  
     - Alexis, zwolnij.
     - Spokojnie, nic się nie stanie. 
     - Proszę cię, zwolnij. 
     - Mówiłem, spokojnie. Wiem co robię. 
     - Miejmy nadzieję. 
     - Uspokój się. Odpręż. Zaraz dojedziemy, już niedaleko. 
     - No dobrze. Kocham cię, wiesz?
     - Tak, wiem, ja ciebie taż. Nawet bardzo
 To było ostatnie zdanie jakie usłyszałam. Alexis jeszcze trochę przyspieszył. Oparłam głowę o szybę i zamknęłam oczy. Później do moich uszu dobiegł dźwięk gwałtownego hamowania. To nasze auto, dotarło to po chwili do mojej podświadomości. Otworzyłam oczy, oślepił mnie blask świateł, a później była już tylko ciemność...





Miał być w weekend, ale trochę się przedłużyło. Z powodu choroby nie miałam na nic siły. Teraz jest lepiej więc coś wystukałam. Mam nadzieję, że jakoś to wyszło. Na razie jest mało dialogów, ale to się powinno zmienić. 
Pisałam, że rozdziały będą regularnie, ale raczej w to wątpię. Nie mam aż tak dużo czasu na pisanie niestety... 

 

środa, 4 grudnia 2013

Prolog

Czy szczęście zawsze musi się kiedyś skończyć? Dlaczego jedni przez całe życie dostają to co najlepsze, a innym los w jednej chwili daje, a w drugiej wszystko zabiera?
Ivette, to młoda Chilijka ma wszystko czego jej do szczęścia potrzeba. Ma kochającego chłopaka, wiernych przyjaciół, rodzinę która nigdy jej nie opuszcza i doskonale zapowiadającą się karierę. Młoda piłkarka wywalczyła już pewne miejsce w pierwszym składzie najlepszej drużyny w kraju, już teraz zabiegają o nią liczne piłkarskie europejskie potęgi. Niestety los bywa strasznie przewrotny...





Teraz czas na kilka ogłoszeń
To mój pierwszy prolog, który kiedykolwiek napisałam, więc nie wiem jak on mi wyszedł, jednak mam nadzieję, że jest taki w miarę :)

Pierwszy rozdział powinien pojawić się w weekend, ale nie wiem jak mi to wyjdzie. Kolejne rozdziały powinny pojawiać się regularnie, ale to "wyjdzie w praniu" jeżeli są osoby które wytrwale śledzą moje poprzednie blogi to przyznają, że z systematycznością jest u mnie słabo.
Nie przewiduję nadzwyczajnie wysokiej liczby rozdziałów, nie będę jej też określać, bo jak to się dopiero okaże w trakcie ;)


I to chyba byłoby na tyle, jeżeli ktoś ma jakieś pytania zapraszam na aska, lub gg - 10313936